Bosa podróż do nieba w poszukiwaniu „Strasznego”.

 

W sobotnią noc tuż obok ziemi, bo zaledwie  400 000 km od naszej planety, przelatywał straszny asteroid. "Straszny" – tak go właśnie nazwali naukowcy chwilę po odkryciu. Tym samym uspokoili zainteresowaną opinię publiczną, że prawdopodobnie jednak w ziemię nie uderzy. Co za ulga dla większości mieszkańców tej planety nie licząc guru kilku sekt z tajgi i pustyni skalistej, dla ktorych symboliczny koniec świata kolejny raz nie nastąpi.

Postanowiliśmy w kilka osób uczcić ten fakt na zaprzyjaźnionej Górze i obejrzeć to nieprzeciętne zjawisko przez teleskop kilkaset metrów wyżej, niż mieszkamy. Celem naszego spaceru stał się szczyt leżący na 1232 m n.p.m. Najwyżej w Bieszczadach położone schronisko.

Zwyczajowo wejście od Przełęczy Wyżnej nazywamy spacerem, bo w rzeczy samej nim jest. Tym razem była to może nie ekspedycja, ale z pewnością wędrówka z kilkoma utrudnieniami.

 

Umówiliśmy się wszyscy pod „Galerią nad Berehami” i stamtąd podchodziliśmy. Kto?

Dwóch „szerpów bieszczadzkich”

1. Szerp Waldek Witkowski - „wytrawny” Bieszczadnik, człowiek orkiestra, niegdyś: pracownik leśny, gospodarz schroniska, obecnie znany mi jako rzeźbiarz, pszczelarz i gawędziarz prowadzący swą klimatyczną „Galerię nad Berehami”.

2. Szerp Pavol Duris – „nadworny” astronom Parku Gwiezdnego Nieba, miłośnik i pasjonat gwiazd. Jak to określił kiedyś jego krajan: „To je naozaj laska. Ze Slovaka urobila nam Polaka” (tłum. To jest naprawdę miłość. Słowaka zamieniła nam na Polaka).

3. Reporterka Edyta Maria Wyban czyli ja – Bosonoga z Doliny Sanu, bieszczadzka gospodyni i miłośnicza przyrody oraz nadwornego astronoma.

 

Gdy dojechaliśmy na miejsce, pod galerią tonącą w popołudniowym słońcu, stało już kilku mężczyzn. Wśród nich Lutek Pińczuk z Chatki Puchatka wraz z Julkiem, swoim pomocnikiem ze schroniska i towarzyszącym im Wojtkiem  – gospodarzem Chatki z lat 70-tych. Wysiedliśmy z Pawłem z samochodu. Przywitaliśmy się serdecznie a Lutek zapytał:

- A co to buty zgubiłaś?

- Nie, ja tak zazwyczaj…

- I co zamierzasz bez butów wejść na szczyt?

- Właśnie tak, zamierzam….

Wojtek z kolei spytał co będziemy obserwować i jak bardzo ciekawe zjawisko astronomiczne czeka na nas tam na górze. Paweł wyjaśnił cel naszego spaceru a mi w międzyczasie wypadła z plecaka książka Teda Andrewsa pt. „Mowa zwierząt” z rysunkiem księżyca i wyjącego wilka na jego tle.

Połączywszy fakty zapytał:

- A co będziecie się łączyć z istotami pozaziemskimi i z nimi komunikować?

- Rzeczywiście, tak to może wyglądać – odparłam. Ogromny teleskop na plecach, wózek załadowany niezidentyfikowanym sprzętem, bose wędrowanie na górę i jeszcze ta książka niczym słownik międzygalaktyczny szamana. Wyglądać to może na interesującą sektę – zaśmiałam się przypomniawszy sobie, że zawsze gdy w Polsce szuka się jakiś sekt, podejrzenie w pierwszej kolejności pada na Bieszczady.

Zatem plecak wraz z moimi eskimoskimi buciorami zapakowaliśmy do zaparkowanego tuż obok gazika. Do tego statyw i sprzęt fotograficzny, aby było nam nieco lżej. To było ważne zważywszy na fakt, że dwóch towarzyszących mi bieszczadzkich szerpów wybierało się na górę z nietypowym obciążeniem. Pawłowi przymocowaliśmy do plecaka ogromny dwumetrowy tubus teleskopu. Zaś jego dolną, statyczną, drewnianą konstrukcję wziął Waldek na swój wielozadaniowy wózek samoróbkę. Ten wózek używany był i jest nadal przez niego do wielu zadań specjalnych. Sprawdza się wyśmienicie w surowych, bieszczadzkich warunkach.


Tak zapakowani ruszyliśmy na górę. Nasza trójka wyglądała dość specyficznie. Astronom (Czech z Bratysławy:-), o tym innym razem) z tubą armatnią na plecach. Waldek wyglądający jak bohater Lincha z „Prostej historii” tyle, że miejsce traktorka zastąpił wózek pchany pod górę, na szczyt Połoniny a pomiędzy nimi ja z aparatem, relacjonująca nasze wejście na górę, oczywiście boso.

 

Obaj „nosicze” (jak Szerpów nazywa się w słowackich Tatrach) na całej trasie wzbudzali sporą sensację. Nie mijaliśmy zbyt wielu turystów, ale Ci, którzy obok nas przechodzili najczęściej zamierali w bezruchu, wyrażali podziw, ekscytację lub całkowite zdumienie graniczące z przerażeniem . Była nawet próba upicia szerpa na początku podejścia.

- Co to jest ta rura na Pana plecach? To jakaś armata? - zapytał jeden z mężczyzn

- To teleskop – odparł Pavel

- Szaleniec! - zawyrokował rozmówca i przez dłuższą chwilę wodził wzrokiem za oddalającą się tubą, spod której wystawały dwie poruszające się miarowo, słowackie kończyny.

 

Jedno z dzieci zobaczywszy Pawła, wydobyło z siebie następującą onomatopeję:

- UOOOOuuuuuuOOO!

Na tym zakończyło swój werbalny kontakt z szerpem pozostając w miejscu na długo z rozdziawioną buzią.

- Pan jest Słowakiem?

- Tak – odpowiedział szerp Pavel

- To spotkamy się na hokeju.

Widocznie ten Pan był fanem pewnej drużyny hokejowej a właśnie odbywają się jakieś ważne eliminacje. Niestety nikt z nas nie posiada wiedzy tajemnej z zakresu tej dyscypliny sportu. Przykro nam.

Przez całą drogę na szczyt było miło, słonecznie i wesoło. Kółka wózka pchanego przez Waldka niekiedy swojsko piszczały a czerwona tuba teleskopu wystająca zza pleców Pawła wydawała się przygniatać go do ziemi. Lutek z Julkiem byli już daleko przed nami a wraz z nimi moje buty.

Mijając pewną rodzinę, Waldek ciągnący za sobą wózek, powiedział:

- Zbieramy dla tej pani na buty! - wskazując na mnie

- Nie bolą panią stopy, tu są kamienie i korzenie?

- Skądże, to czysta przyjemność

- Oauuu! Zobacz, a co on niesie na plecach? - zapytali spoglądając na ostatniego szerpa zamykającego naszą „ekspedycję”. Na co Pavel  znów udzielił wyczerpującej odpowiedzi i ruszyliśmy dalej.

Za ostatnim rozwidleniem w lesie, pobiegłam przodem i nagle ujrzałam piękną rudawo – szarą kitę, potem grzbiet i kształtny łepek liska. Spłoszony uciekł do lasu ale niedaleko. Wydawał się być częściowo oswojony. Wędrował w odległości jakiś dwudziestu metrów towarzysząc naszej "ekspedycji" Kilkakrotnie próbowałam go sfotografować ale na próżno. Ściemniało się a nie miałam najlepszego sprzętu.

Kilkakrotnie lis zatrzymywał się a raz zerkał z daleka na Pawła i wydawało się, że nawet on jest zadziwiony obrazkiem bieszczadzkich szerpów, których dostrzegł.


Postanowiłam kolejny raz wypróbować magiczne tajniki porozumiewania się ze zwierzętami i na jakiś czas zostawiłam „nosiczy” samych sobie. Po kilkunastu minutach udało mi się osiągnąć całkiem dobry stopień przyjaźni międzygatunkowej.

 

I cóż, lis podszedł niemal na wyciągnięcie ręki, bez dokarmiana i zwabiania. Oto on.

 

Po rozmowach z lisem, musiałam dogonić naszych dzielnych szerpów, którzy wyszli już z granicy lasu. Pobiegłam więc do góry.

 

 

I tak mijając ostatnich turystów, którzy schodzili w dół chcąc zdążyć przed zmierzchem i my dotarliśmy na miejsce.

 

 

Rozstawiliśmy sprzęt i rozmieniając czas na rozmowy z turystami, podziwialiśmy czerwony zachód słońca, w którego poświacie wyraźnie rysowały się tego wieczoru Tatry.


 

Mleczna Droga tej nocy była piękna. Niestety w dolinach, w Wetlinie, nad Soliną i w pozostałych miejscowościach widać było jeszcze światła. Mimo to zapamiętale fotografowałam  te cuda natury.

 

Asteroid ukazał nam się o godz. 18:30. Miało okazję go zobaczyć kilka osób oprócz naszej trójki.

Nie on jednak stał się główną atrakcją wieczoru. O godz. 19:05 kilku szczęściarzy ujrzało coś niesamowitego. Oczywiście nie ja, bo po wykonaniu nocnej sesji zdjęciowej, w tym czasie popijałam domową herbatę przy kominku w chatce. Choć złoty napar imbirowo – lawendowy idealnie korespondował z mleczną drogą, to nie był w stanie zastąpić wydarzenia, które miało mnie właśnie ominąć.


Widząc ekscytację na twarzach Julka i kilku osób powracających do schroniska wiedziałam, że choć podglądany asteroid o ziemię nie uderzył, musiało się wydarzyć coś równie niesamowitego. Spoglądając w kierunku płn. zach, nad romantyczną Soliną przeleciała nagle kula czerwonego, rozżarzonego światła. To był meteor (Tauryda) niezwykle jasny. Leciał bardzo długo a potem wybuchł, aż dwukrotnie….W zasadzie to było kilka kawałków meteoru o różnych kolorach: zimny ogień, potem czerwone, żółte, na koniec zielone światło, nie jednolite, jawiące się niczym iskry z ogniska. Zaś sam ślad po meteorze widoczny był niemal minutę na niebie i wyglądał jak dym armatni. Było to przecudowne zjawisko. Wśród szczęściarzy, którzy je widzieli byli nasi bieszczadzcy szerpowie i kilkoro osób nocujących w schronisku. Niestety nie spodziewaliśmy się tak spektakularnego wydarzenia, dlatego dowodów rzeczowych brak. W tym samym jednak czasie wielu osobom w Europie udało się ten cud sfilmować i sfotografować.

Na deser konsumowaliśmy wrażenia z Księżyca, który wschodził około dwudziestej.

 

Potem przy dźwięku gitary, były śpiewy przy „puchatkowym” kominku.

 

Około godziny kopciuszkowej, przyszedł na nas czas. Spakowaliśmy rzeczy i ruszyliśmy w drogę powrotną. Telesop ciążył a wóżek jakby żył swoim własnym życiem. Przełęcz po północy przywitała nas szronem i wszechogarniającą ciszą.

Pozostały wspomnienia o „strasznym” i kolorowym meteorze, które długo będą w nas żywe.

 

Edyta Marja Wyban

w listopadową noc 2015r.

a z literatury polecam dziś  Jonasa Jonassona "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" oraz "Wilczy notes"  Mariusza Wilka.