Żyję wśród zwierząt, bo one uczulają...

Zwierzęta uczulają. Zaręczam i to bardzo mocno. Rzadziej są to alergie, a częściej wzbudzają w nas uczucia troski, prawdziwego współodczuwania oraz instynkty opiekuńcze, uczą realizmu oswajając ze śmiercią...


Niezwykle ważne jest aby już maleńki człowiek z nimi obcował rozwijając w sobie empatię, wrażliwość, ucząc się poszanowania praw słabszych i roztaczania nad nimi opieki. Ale każdy rodzic, który „sprawiał” swemu dziecku zwierzę wie, jakie to trudne. W początkowym stadium zauroczenia i fascynacji, dziecko jest w stanie np. ze swym psem wielokrotnie w ciągu dnia wychodzić na spacer, potem zapał maleje aż w końcu zainteresowanie pupilem słabnie na tyle, że nikt z domowników nie poczuwa się do odpowiedzialności opieki nad nim. W pierwszym etapie fascynacji żywą istotą w domu nawet dziewięciolatek staje się odpowiedzialnym małym dorosłym. Pamięta o karmie, wodzie i wyprowadzeniu psa. Gdy jednak obiekt swoich uczuć przeniesie ze zwierzaka na nową wersję gry w sieci, czar pryska a dziecko zostaje natychmiast odczarowane. Pies zaś ze smutną miną, przewraca się w swym kącie licząc na spacer. W najgorszym scenariuszu czeka na okruchy litości w jednym z boksów schroniska dla zwierząt. Nieco łatwiej rzecz ma się z rybkami, chomikami i świnkami morskimi. Trzeba jednak pamiętać, że choćbyśmy nie wiem, jak mocno chcieli, zwierzęta to nie słodkie, nieruchome pluszaki, ale pene życia, rozwijające się, rosnące, odrębne istoty, które wymagają nie tylko troskliwej opieki, ale przede wszystkim poznania, nauki i zrozumienia dla ich dzikich instynktów, różnorodności oraz odrębności.


A skoro przy marzeniach dzieci jestem, wspomnę pewną uroczą rodzinę, która pod wpływem fascynacji naszymi zwierzętami, zapragnęła mieć właśnie psa. A ściślej rzecz biorąc zapragnęli go dwaj siedmioletni bracia. Odpowiedzialna mama uznała, że chłopcy powinni zapracować i zasłużyć na tego przyjaciela, który w dodatku przysporzy wszystkim wielu nowych obowiązków. Zważywszy na fakt, że mieszkali w bloku, w dużym mieście, początkowy test miał na celu odczarowanie chłopców i odwiedzenie ich od decyzji posiadania psa. Pies sąsiadów zamykany regularnie na balkonie, gdy właściciele ponad osiem godzin byli w pracy a ten nieszczęśliwy skowyczał z tęsknoty i braku ruchu, umocnił jedynie pragnienia zamieszkania z kłębkiem sierści pod jednym dachem. Projekt oswajania z myślą powiększenia stada ludzkiego o cztery łapy, był długoterminowy. Poza koniecznością przeczytania wielu książek, dzieci przez kilka miesięcy musiały regularnie, kilka razy dziennie wychodzić na spacery ze smyczą, na której końcu dyndały marzenia o psie a nie ich realne urzeczywistnienie. Było to nader pouczające, bo czy ziąb czy deszcz, o tych samych porach, chłopcy wychodzili na zewnątrz i wyprowadzali wirtualne zwierzę przy tej okazji pomagając w domowych zakupach. Pomysł genialny choć nie wiem, czy nagroda nie była zbyt daleko odroczona w czasie.

Tak czy inaczej zwierzę w domu to wielka odpowiedzialność dla wszystkich domowników i nie ma znaczenia, czy mieszkamy na wsi czy w mieście, w dużym domu z wielkim ogrodem, czy w małym mieszkaniu miejskiego wieżowca. Natomiast zalety obcowania z istotami innych gatunków są wspaniałe a komunikacja z nimi wynagradza wszelkie niedogodności, wśród których są chociażby: regularne odrobaczanie, szczepienia, dla bardziej wymagających: czesanie, mycie, dla wszystkich bez wyjątku: karmienie, wychodzenie na spacery czy też stwarzanie idealnej przestrzeni do życia, nie zawsze miłe zapachy wydobywające się z otworów gębowych naszych ssaków albo mokrej sierści po deszczu, konieczność sprzątania błota i sierści po czworonogach, szukanie opieki nad nimi na czas wyjazdu itd. itp.


Jednak to, co dają nam zwierzęta, to są dary, których nie można przecenić. Głaskanie, tulenie – kontakt fizyczny uwrażliwia i otwiera na emocje. Dzięki temu z łatwością człowiek nawiązuje bliskie a potem intymne kontakty z innymi ludźmi. Nie obawia się kontaktu fizycznego. Umie o niego prosić i chętnie oraz naturalnie go daje. W dorosłym życiu może być lepszym kochankiem i przyjacielem dla swego partnera, empatycznym dzieckiem dla swych rodziców a sam bardziej wyrozumiałym rodzicem.

Choć informacje podane powyżej to nie teoria naukowa, ale moje własne obserwacje uczestniczące nie poparte precyzyjnymi danymi, to jestem przekonana co do ich prawdziwości. Ze zwykłego lenistwa nie sięgam po dane empiryczne, ale jestem pewna, że niejeden psycholog, beahwiorysta czy antropolog już takie poczynił.

Przebywanie ze zwierzętami i wśród zwierząt jak pokazuje wiele światowych badań (tym razem sięgnęłam do świata nauki) to bufor chroniący ludzi przed stresem. Głaskanie zwierzęcia powoduje chwilowe obniżenie ciśnienia krwi i częstości rytmu serca. Wszystkim znana jest dogoterapia ale jest i kototerapia. Gdy w latach 60-tych minionego wieku, Levinson proponował terapie z udziałem zwierząt, spotykał się z drwiną środowisk naukowych. Już wkrótce jednak jak grzyby po deszczu powstawały nowe teorie terapeutyczne w szpitalach, domach starców i więzieniach. Dziś wiemy, że w długoterminowym procesie przebywania ludzi ze zwierzętami, wzrasta samoocena, odporność na stres, pogoda ducha i chęć do działania.

Niekiedy bywa tak, że ludzie sami odkrywają terapeutyczną moc zwierząt i zwracają się do nich o pomoc. Choćby dzieci z patologicznych rodzin, będące ofiarami przemocy, znajdują schronienie i zrozumienie u zwierząt. W końcu stają się ich najlepszymi przyjaciółmi. I wzajemnie nikt tak dobrze nie rozumie zwierząt jak oni. Zaś częstym zjawiskiem jest to, że pozornie wbrew atawistycznej naturze wielu gatunków zwierząt, to one wyczuwają mniejszych i słabszych wśród ludzi i chętnie roztaczają nad nimi swą troskliwą opiekę.

Wśród ludzi mających wspaniały kontakt ze zwierzętami, którzy wnieśli do świata nauki choćby behawioralnej wiele wspaniałych prawd, są zaklinacze koni i psów, ludzie, których inni homo sapiens skrzywdzili a zwierzęta w zamian dały im tylko co dobre. Wystarczy wymienić zaklinaczy koni: Monty Robertsa i Pata Parellego, Shauna Ellisa (szalonego miłośnika wilków). Współczesnych przykładów mogłabym mnożyć wiele. Choć ta intencja przebywania ze zwierzętami (skrzywdzeni przez ludzi a zbawieni przez zwierzęta), jest dość niebezpieczna. Bo jednak w ślad za Konradem Lorenzem powiem, że wychodząc z założenia, że zwierzęta są lepsze, niż ludzie, możemy ostatecznie skrzywdzić zarówno te pierwsze jak i tych drugich. Budując nowe, lepsze relacje ze zwierzętami na gruncie nienawiści a co najmniej z żalu do ludzi, możemy niechcący stać się ofiarami sentymentalnej antropomorfizacji. W jej wyniku możemy łatwo przekroczyć granice tkwiącą pomiędzy światem dzikich zwierząt a ich udomowionych potomków. Choć gdy patrzę na wspaniałego skądinąd szaleńca żyjącego z wilkami Shana Ellisa, to więcej mam do niego podziwu i wyrazów uznania, niż współczucia z powodu tegoż nazwijmy to naukowego błędu myślowego. Zaś wielu behawiorystów nie mając szans na stosowanie eksperymentów uczestniczących wśród wilków a tym bardziej regularnego obserwowania dzikich watah w naturze, mogło mu tylko pozazdrościć.

Bez wątpienia większość dzikich i udomowionych zwierząt jet szczera i prawdziwa. Nie knują, nie spiskują, świadomie nie manipulują innymi choć nie nie można im odmówić inteligencji, również tej emocjonalnej. Jednak nadal są to zwierzęta z paletą dzikich instynktów odziedziczonych po przodkach o czym nikt z nas nie powinien zapominać.

Zwierzęta stają się naszymi terapeutami, bo są elementem dzikiej przyrody. A Matka Gaja od prawieków jest największym Mędrcem i psychologiem naszego zagubionego wszechświata. W nich przeglądają się nasze prawdziwe emocje zwłaszcza te negatywne. Pies, koń czy inne udomowione zwierzę to lustro nas samych. Nie mamy szans na pozytywną z nimi komunikację jeśli będziemy źli, sfrustrowani, agresywni. W takim emocjonalnym stanie umysłu i serca, zwierzę nas zwyczajnie nie zrozumie. Tego nauczył mnie mój terapeuta Berdo. Na tego trudnego i skomplikowanego oraz wymagającego psychologa byłam skazana kilka lat. Chciałam się już poddać, bo jego posłuszeństwo wobec mnie było ograniczone. Dopóki nie zajęłam się zmianą siebie. Gdy proces przemiany rozpoczęłam ja, a nie pies, gdy to ja zaczęłam siebie „tresować”, układać swoje potargane na wietrze myśli pełne żalu czy złości, wszystko zaczęło się odczarowywać. Zaś mój niekoniecznie przystojny sierściuch zaczął przyglądać mi się coraz bardziej pobłażliwie aż pewnego razu westchnął po psiemu jakby mówiąc: -”No, teraz to możemy zacząć dopiero rozmawiać, wcześniej to nawet nie chciało mi się otworzyć pyska. Byłaś nie do zniesienia, zresztą jak większość ludzi”. Dlatego zwierzę zwłaszcza pies czy koń okazuje się być tak dobrym psychologiem. Przyglądając się nim, obcując z nimi, musimy stać się asertywnymi, spokojnymi i pewnymi siebie przywódcami stada albo przewodnikami. Dopiero gdy tak się stanie, zwierzę w stu procentach jest w stanie nam zaufać. Złość, gniew, rozczarowanie, nienawiść – wszystkie te uczucia muszą być przez nas rozpracowane zanim zaczniemy się komunikować ze zwierzętami. W przeciwnym razie w rozgniewanym np. stanie umysłu, gdy rozmawiamy ę z naszym „pupilem” mówimy do niego w niezrozumiałym języku. To tak, jakbyśmy nie znając języka portugalskiego, pozwolili na to, aby ktoś w tym właśnie języku tłumaczył nam drogę do domu.

 

 

Są ludzie, którzy otaczają się zwierzętami, żyją z nimi i wśród nich oraz tacy, którzy od nich stronią pod pretekstem alergii, niechęci do brudu i nadmiaru obowiązków związanych z ich opieką. Wśród tych ostatnich są dalej tacy, którzy otwarcie przyznają, że zwierząt nie lubią. Oczywiście w tej pierwszej grupie miłośników zwierząt, znajdą się również tacy, którzy sprawiają sobie kota czy psa, aby sprawować nad nimi kontrolę lub podejmując się tresury reprezentanta groźnej rasy, aby udowodnić sobie i światu, że potrafią. Bywają tacy, którzy traktują zwierzęta przedmiotowo obdarowując nimi ukochane dzieci czy partnerów, wkrótce powiększając liczbę podopiecznych w schroniskach.

Powiedzieć mogę wprost, że wszyscy odrzucający ze swego życia świadomie lub podświadomie zwierzęta, mają większy lub mniejszy problem z okazywaniem emocji. To najczęściej introwertycy, ludzie zamknięci w sobie, niechętnie rozmawiający o tym, co naprawdę czują. Nie twierdzę, że remedium na problemy psychiki ludzkiej miałoby być „posiadanie” zwierzęcia, ale z pewnością kontakt z nim nastraja nas lepiej do istot żywych a tym samym do siebie samych. Jak już pisałam wcześniej, dzięki przytulaniu i głaskaniu zwierząt, już na poziomie fizycznym tworzymy idealny fundament do budowania związków z ludźmi. Upraszczając więc czteroletniemu chłopcu wychowującemu się z psami i kotami, z pewnością będzie łatwiej za dwadzieścia lat budować intymną relację z drugą osobą, mając przy tym mniejszą barierę dotyku, przytulania oraz jawnego okazywania emocji, w tym wdzięczności. Czyż to nie wspaniałe lekarstwo na dzisiejszą coraz bardziej powszechną arogancję, znieczulicę, rosnącą potęgę indywidualizmu i ochrony własnego ego przed ekspansją innych?

 

Z natury rzeczy wszelkie zwierzęta to istoty pozornie słabsze od nas ludzi. W naszej kulturze nie ma już konieczności aby dla nas pracowały, więc często przyjmują rolę przyjaciół albo rozpieszczanych pupili rekompensując emocjonalną dziurę braku akceptacji i miłości. Często zapominamy, że zwierzęta nie są dla nas, ale my dla zwierząt choćby właśnie z racji większej naszej siły (psychicznej i fizycznej) wobec nich. A samo ich „posiadanie” jak dla mnie jest złym nastawieniem do zwierząt już z samej definicji.

 

 

Zdaję sobie sprawę, że kontakt ze szczurem, świnką morską czy rybką jest inny, niż z psem czy kotem. Jedno co łączy wszystkie te relacje człowieka ze zwierzęciem, to odpowiedzialność, konieczność opieki nad słabszym, uzależnionym od nas (choć to my go uczyniliśmy zależnym), od naszej dobrej woli, naszego czasu.

Zatem świadomy wybór to podstawa. W zamian otrzymać możemy dozgonną wdzięczność, mnóstwo zaskakujących chwil i obcowanie z bezgraniczną radością ukrytą w kłębku sierści czy ptasich piór. Któż z nas nie zna opowieści o psach przywiązanych do swoich właścicieli tak mocno, że umierały ze zgryzoty i tęsknoty za swoim panem? Ilu z nas widziało konie pochodzące radośnie do swych ludzkich przyjaciół? Kto widział hodowlaną krowę ufnie idącą z pastwiska w kierunku zagrody troskliwego opiekuna, kozę ocierającą się o karmiącą je regularnie dłoń ludzką, kota stęsknionego widoku człowieka czy ukochanego ptaka zerkającego na nas bokiem w oczekiwaniu na ziarno?

 

 

 

A czego nas uczą zwierzęta? Systematyczności, konsekwencji, asertywności, nie popadania w skrajne stany emocjonalne. Oswajają nas ze śmiercią gdy umierają przed nami czyniąc z niej dla nas naturalny stan rzeczy bez paniki i kurczowego trzymania się życia. Uczą nas bezwarunkowej miłości, empatii i bycia troskliwym. Budują poczucie bycia odpowiedzialnym. I jak to nazwałam na początku artykułu – uczulają. Uczulają na bycie człowiekiem uczestniczącym, pełnym, kochającym ich, innych ludzi i siebie samych. Mającym dobry kontakt fizyczny z bliskimi. Uczą nas więc okazywania miłości. Czyż to nie piękne?

Poza tym zwierzęta nie pozwalają nam zwyczajnie zgnuśnieć. Zwłaszcza z psami musimy regularnie wychodzić. Im większy i bardziej energetyczny jest nasz przyjaciel, tym lepszą kondycję fizyczną mu zawdzięczamy. Poza tym dawno już udowodniono naukowo, że podczas głaskania zwierząt, wydziela się u ludzi oksytocyna. A to w końcu hormon miłości. Czyż nie chcemy kochać i być kochani?

 

Zwierzęta udomowione zwłaszcza koty i psy są mistrzami sztuki „nic nie robienia”, słodkiego dolce fal niente, która to umiejętność na naszej planecie została dość dobrze opanowana przez śródziemnomorskich mieszkańców zwłaszcza płd. Włochów i Hiszpanów. Gdy przychodzi zmęczenie robię to samo, co Lorenz czyli „Wycofuję się od ludzi i szukam towarzystwa zwierząt, a to dlatego, że nie znam człowieka tak leniwego duchowo, by mógł mi w tym nastroju dotrzymać kompanii. Mam nieoceniony dar całkowitego wyłączana przy doskonałym samopoczuciu, procesów myślowych.” *

 

 

Kim jesteśmy dla zwierząt? Bywamy dla oswojonych zwierząt troskliwymi opiekunami, mądrymi przewodnikami, obojętnymi towarzyszami albo właścicielami. Stając się tymi ostatnimi, dość często popełniamy błąd stawiając się w roli silniejszego, lepszego i mądrzejszego. Sięgamy wtedy najczęściej po klasyczną tresurę – metodę kija i marchewki. Nie zawsze staramy się rozumieć czworonożne (niekiedy dwunożne i skrzydlate) istoty towarzyszące nam w życiu. Wybierając rolę przewodników, najczęściej wybieramy metody naturalne układania zwierząt, sięgamy po wiedzę behawioralną i staramy się zrozumieć istotę i charakter tych odrębnych istot, które zaprosiliśmy do swego życia. Jest też wśród nas niewielki odsetek traperów, bezdomnych i indywidualistów, dla których pies aby przetrwać, musi być użytecznym i zdrowym partnerem. Są też na naszej planecie nieliczni ludzie, którzy wróciwszy do źródeł, uruchomili dar komunikacji ze zwierzętami i w magiczny dla wielu sposób zwyczajnie z nimi rozmawiają.

 

 

 

Nie mogę w tym miejscu nie wspomnieć o Annie Breytenbach z RPA. Wspaniała kobieta, do której poznania działalności wszystkich zachęcam. Tłumaczka zwierząt, której komunikacja z tym światem daleko wykracza poza tradycyjne pojęcia naukowe, w tym behawioryzm. Sama ona odżegnuje się od empirycznych podstaw komunikacji międzygatunkowej i behawiorystą nie jest. A kim jest? Dla jednych szamanką, dla innych istotą nie z tej planety. Znajdą się wśród nas tacy, którzy nie uwierzą w jej telepatycznie umiejętności komunikowania się ze zwierzętami i uznają jej działania za wytwór umysłu oraz czyste szaleństwo. Tych niedowiarków zachęcam jednak do zburzenia w swych umysłach, pielęgnowanych przez dziesięciolecia a wcześniej przez stulecia utrwalanych w umysłach przodków aktualnych konstrukcji pojęciowych o świecie.


A wszystko stanie się możliwe. Znajdujemy się w miejscu i czasie (zawsze tam byliśmy, tylko na skutek rozwoju cywilizacji odeszliśmy od Źródła), w którym już nie tylko poznajemy język innych gatunków zwierząt, ale możemy je w pełni rozumieć i z nimi rozmawiać. Jak? Zachęcam wszystkich do nauki za pośrednictwem choćby Anny oraz kilku innych osób na naszej planecie zajmujących się tą cudowną sztuką życia jaką są rozmowy ze zwierzętami.

Wszystkich nas łączy jedno - chęć przebywania z mądrymi zwierzętami, które dawno temu wykradliśmy dzikiej przyrodzie, niekiedy zapominając skąd tak naprawdę pochodzą.

Dzięki temu, że udomowione dziś zwierzęta nadal należą do natury, dostąpiliśmy tym samym honoru obcowania z nimi w szerszym wymiarze, choć nie zawsze na to zasługujemy biorąc pod uwagę przepełnione schroniska dla zwierząt i wiele patologicznych zachowań „właścicieli” wobec swoich pupili. Myślę też, że wielu z nas wyrządza im nieco mniejszą krzywdę uczłowieczając je i personifikując nadając im cechy w stu procentach ludzkie. I choć dzisiaj już mamy pewność naukową, że goryle, wiele gatunków ptaków, psy i inne zwierzęta posiadają cały pakiet skomplikowanych uczuć i emocji, ważne jest pamiętać o ich gatunkowej odrębności. Potrafią one okazywać czułość, przywiązanie, troskę, żal po stracie, to prawda. Jednak narzucanie na nich ról, na które nie są w pełni gotowi, często obraca się przeciwko nam samym. Tak czy inaczej odważę się wyrazić kilka swych osobistych poglądów na temat udomowionych zwierząt.

 

Mój własny dekalog:

1. Nie kupuję rasowych zwierząt. W ogóle nie kupuję zwierząt. To istota żywa, za którą nie ma ceny. Nie wspieram hodowli, których celem najczęściej jest zarobek.

W zamian za to, pamiętam, że schroniska, ulice, wsie i blokowiska pełne są bezdomnych zwierząt czekających na dom. Argument pragmatyczny: statystycznie kundle są najbardziej zdrowymi i wiernymi psiakami w stosunku do rasowych zwierząt wyposażonych w cały arsenał genetycznych chorób. Niebezpieczeństwo: nie wiem jakie cechy, temperament i przeszłość będzie miało zwierzę.

2. Kastrowanie i sterylizacja zwierząt. Osobiście uważam, że taki zabieg jest lepszy, niż niekontrolowane ciąże zwierzaków, których np. szczenięta kończą swe życie w schroniskach lub tracą je w niewiadomych okolicznościach.

3. Ograniczam zniewolenie swoich zwierząt do minimum. Nie trzymam ich na łańcuchach. Choć moi sąsiedzi nie zawsze są mi za to wdzięczni, za co tu i teraz przepraszam.

4. W układaniu zwierząt, nie stosuję klasycznej tresury opartej na karach i nagrodach. Stosowanie kar wzmacnia jedynie poczucie strachu. Lęk jako motor do posłuszeństwa nie jest nigdy skuteczną metodą perswazji. Stosując kary stawiałabym się w pozycji silniejszego, który ma władzę. A do niej nie mam żadnego prawa.

5. W relacji ze zwierzęciem kieruję się miłością niekiedy „twardą” - stanowczą, ale jest to miłość a nie władza. A najważniejsze – to poznanie psychiki i potrzeb zwierzęcia zaczynając od rybek i koniecznej przestrzeni i tlenu dla nich, a kończąc na koniach.

6. Szanuję atawistyczne cechy swego zwierzaka. Akceptuję, że istnieją a świat natury nie jest brutalny, ale dziki. Moje zwierzę jest również nadal dzikie, co przysparza mi niekiedy wielu problemów. Rozumiejąc te zachowania, łatwiej jest mi jednak je ukierunkować na inne bardziej pożądane np. z polowania na zabawę.

7. Z doświadczenia wiem, że im większe zwierzę, tym potencjalnie większy problem i więcej obowiązków.

8. Biorę odpowiedzialność za czyny swych zwierząt. Jeśli ktoś z nas popełni błąd, to na pewno jest to człowiek, nie zwierzę.

6. Kocham.

 

A mój zwierzęcy świat? Istniał we mnie zawsze. Z tymże kiedyś były to zwierzaki na chwilę przygarniane, dla których poszukiwałam później domu. Dzisiaj to świadome życie z dwoma psami, kotem i setkami dzikich zwierząt za moimi oknami. Do grona domowników nie wliczam przemieszkujących czasowo myszy, kuny z młodymi (nocny tupot dwudziestu czterech stópek nad sypialnią), wydry z dwójką malców w stawie, niedźwiadka odrzuconego przez matkę z Otrytu, czarnego bociana (nieśmiałego kuzyna białej piękności), biedronek, moich letnich przyjaciół świerszczy (każdego roku – nowi, żyją krótko ale wg dewizy carpe diem).

Zatem lokatorzy zmieniają się. Jedni odchodzą a w ich miejsce przychodzą nowi, wprowadzając swoje zasady. Na stałe mieszkają z nami obecnie: pies Berdo lat 5 - wynik romantycznego mezaliansu bieszczadzkiego kundla (matki) z gorącokrwistym Rodezjanem. Rudy jegomość, nieco nieokrzesany, jak to na wsi bywa, po wielu przejściach (w tym 3 miesięczny, zimowy epizod życia bezdomnego). Dzieciństwo trudne, młodość szalona okupiona ranami na ciele (dodam moim, ale i jego) w postaci wielu zadrapań. Obecnie ten silny fizycznie i psychicznie samiec z pełną uległością ustąpił miejsca alfa 2letniej suce Darze wykorzystującej wszechstronnie swe przywileje. Polegają one głównie na byciu piękną i uroczą a jak wiemy wielu kobietom to wystarcza zarówno do szczęścia, jak i manipulacji światem. Dara jest dzieckiem sąsiadów, jak to na wsi bywa. Ojciec - "wszędobywający" gorącokrwisty Husky (wcześniej oddany na Otryt przez turystę) bywał częstym gościem przyjaciół w Chmielu a precyzyjniej rzecz ujmując ich uroczej suczki Pinii - szlachetnej, pasterskiej, australijskiej rasy. Nero tak aktywnie i intensywnie wylizywał szybę balkonową jadalni, w której królowała Pinia, że oboje doczekali się dziewięciorga pięknych skądinąd szczeniąt przerywając tym samym rasową linię potomstwa Damy. My zaś wraz z dwiema innymi sąsiadkami jesteśmy szczęśliwymi opiekunami tych husko - pasterskich stworzeń. O układach panujących w naszej zwierzęciej sforze będzie przy innej okazji. Ostatnią stałą mieszkanką sforki Dolistowia jest pięcioletnia Markiza Misti. Dama ta od urodzenia mieszkała w Bratysławie a wielkomiejskie życie zamieniła na wiejskie trudy i znoje pośród naszego nieokrzesanego towarzystwa. A że z wieśniakami nie jest łatwo żyć, ma ona z nami pod górkę. To oczywiście kotka o energii stonowanej i władczej, jako że płynie w niej błękitna krew. Obecnie Ona i druga kobieta psia Dara prowadzą długie, kilkunastominutowe walki energetyczne na spojrzenia, które ostatecznie mają doprowadzić do zwycięstwa jednej z nich i objęciem władzy nad wszystkimi czworonogami w królestwie Dolistowia. Obecnie czekamy na kolejne milczące starcia aby ogłosić wkrótce werdykt.

 


Oprócz autochtonów, spotkać można u nas wiele istot żywych nie będących z pewnością ludźmi i urokliwszych od nich. Wiewiórki upodobały sobie sędziwą lipę, wilki i łanie przebiegają tędy często do rzeki, jelenie zostawiają swoje poroża ocierając się o belkę domu a lis fetyszysta kradnący buty faworyzuje Domek nad Stawem. Ten międzygatunkowy miks, w którym żyję jest najciekawszą lekcją biologii jaką otrzymałam od życia i bynajmniej nie od szkoły. I jestem światu za to zwyczajnie wdzięczna, nawet jeśli tę wdzięczność dzielę z setkami obowiązków i problemów dnia codziennego.

W pełnym miłości stanie umysłu do wszystkiego, co żyje, pozdrawiam wszystkich zachęcając Was i siebie samą do rozmów ze zwierzętami.

 

Bosonoga z Doliny Sanu czyli Edzia.

Wiosna 2016r.

 

A z literatury polecam obowiązkowo:

1.Konrada Lorenza, który już na początku XX w. wiedział jak postępować ze zwierzętami i z pewnością wyprzedzał swoją epokę. Jego kilka książek to np. „Rozmowy ze zwierzętami”, „I tak człowiek trafił na psa”.

2. Prace Simony Kossak z jej gawędami i bezgranicznym oddaniem zwierzętom (gawędy nagrane dla radia Białystok) i „Saga puszczy białowieskiej”.

3. Shauna Ellisa „Żyjący z Wilkami” i filmy o nim.

4. Dla wszystkich początkujących w przygodzie z psami – kalifornijskiego zaklinacza psów Cesara Millana (choć z dużą dozą ostrożności). Klasyki Fishera wkrótce już nikt nie będzie cytował.

5. Choć bardziej polecam Alexadrę Hotowitz „Oczami psa”

6. Jan Fennel „Zapomniany język psów” i jej pozostałe książki.

7. Annę Breytenbach http://www.animalspirit.org/ i jej warsztaty, które organizuje również w Europie. Z nich można nauczyć się nie tylko komunikacji ze zwierzętami, ale tej coraz trudniejszej z naszym własnym gatunkiem zwanym homo sapiens.

8. Dla miłośników koni i „naturalnego ujeżdżania” o ile uważacie, że konie należy ujeżdżać Monty Roberts „Człowiek, który słuchał koni”, Pat Parelli, ich uczniowie: Karen Rolhf, Andrea Kutsch...

9. Dawida DeGrazia „Prawa zwierząt”

 

*. 1 Konrad Lorenz „I tak człowiek trafił na psa”. Org. „So kam der Mensch auf dem Hund”, 1950r. PL. Grupa Wyd. Foksal