O przeprowadzce z miasta na wieś....

Gdy ktoś mnie zapyta, kto w tym domu jest Damą, bez wahania odpowiem – ona. Z pewnością nie ja ani nie wykorzystująca na każdym kroku swój urok osobisty i narzucająca się nim światu trzydziestokilogramowa kulka sierści Dara, ale wielokrotnie mniejsza, czekoladowa, o wielkich oczach kotka Misty. Jej stonowana osobowość, władcze podejście do innych, zwłaszcza psów, duma, spokój ducha stanowią idealny fundament do bycia Najważniejszą w naszym stadzie. Misty jest sędziwą matroną, która przez pięć lat mieszkała na Słowacji, w Bratysławie. Ze względów rodzinnych, została jej zaproponowana przeprowadzka na bieszczadzką wieś. Zamiana wielkomiejskiego życia na wiejskie trudy i znoje pośród naszego, wiejskiego, nieokrzesanego towarzystwa – to coś nowego w życiorysie Misty. Ona sama nie wiedziała co ją czeka, choć ja już wówczas byłam przekonana, że jej to wyjdzie na zdrowie (jak każdemu z nas tutaj). Oczywiście ja zwolenniczka kundli, dachowców i „bezdomowców: (slow.) w imię dobra zwierząt, jakoś przełknęłam ten fakt, że w kotce płynie błękitna, brytyjska krew i że będziemy wspólnie mieszkać pod jednym dachem. Po prostu bałam się, że potencjalnie może szybko stracić życie w szponach jastrzębia lub innego pełzającego po ziemi drapieżnika. O to w Bieszczadach nie trudno zwłaszcza gdy się jest mieszczuchem. Być może jednak podświadomie bałam się, że ten kłębek sierści któregoś dnia wytknie mi moje chłopskie pochodzenie. Tak czy inaczej poza psami, zgoda co do pojawienia się nowej kobiety w Dolistowiu była jednogłośna (zarówno nad Sanem jak i nad Dunajem).


W Bratysławie widząc pakowanie walizek, kotka zbytnio nie oponowała. Tak, nie ma przesady w twierdzeniu „walizki Misty”. Otóż ta piękna Dama zajechała jesiennym wieczorem pod nasz dom po ośmiogodzinnej, samochodowej podróży. Jako kierowca został wyznaczony do tego celu Pavol. Nie mam wątpliwości, że podczas podróży troszczył się o nią, zabawiał rozmową i z pewnością po drodze mieli wiele przystanków dla rozprostowania kocich stawów.

Gdy wyszłam na ganek, przywitałam Pavla jak zwykłe radośnie. On jednak był mocno poruszony tym, że w samochodzie przebywa nadal nieco zestresowana czworonożna Dama. Pokazaliśmy Mistiy dom na początek ograniczając się do parteru i naszego pokoju na piętrze, gdzie jak uzgodniliśmy miała z nami mieszkać. Gdy ona nieśmiało obwąchiwała nowe miejsca, aby wkrótce na jakiś czas schować się bezpiecznie pod łóżkiem, Pavol rozpoczął rozpakowywanie.

W tym miejscu zaczyna się prawdziwe zaskoczenie nową sytuacją nie wiem czy większe dla kotki czy dla mnie osłupiałej stojącej w kuchni. Pavol rozpoczął wyciąganie z auta coraz większych kartonów, toreb i kontenerów. Wyjaśniał nieśmiało, że to są konieczne dla Misty rzeczy, do których była ona w mieście przyzwyczajona. Jako kobieta starałam się być dość wyrozumiała akceptując potrzeby innej kobiety, którą zaprosiłam notabene do wspólnego życia. Jednak to, co zobaczyłam przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Wśród rzeczy osobistych kotki były: grzebyki, szczotki do czesania, łopatki do kuwety (kilka rodzajów), obroża, dwie smycze, zabawki do gryzienia, do ganiania, ogromna składana zabawka do gry w polowanie przypominająca tory kolejowe dla dzieci (po rozłożeniu zajmowała 3 m. kw.), smakołyki suche i w puszkach i wiele, wiele innych rzeczy. A potem w domu zaczęły pojawiać się większe gabaryty. Na początek kuweta jedna a potem druga (ta ponoć bardziej funkcjonalna) i zapasy żwirku. Potem domek letni i zimowy (jeszcze większy od pierwszego). Dwie toaletki a przecież ja zbudowałam dla siebie jedną bo nie chciałam się narzucać ze swoją kobiecością w pokoju. Poza tym przeglądanie się w lustrze było dla mnie przejawem głaskania swego narcystycznego ego. Na wsi nie ma na to miejsca. A tu proszę. Trzecia kobieta w domu i dwie toaletki. Czy ja to zniosę? A konieczność posiadania dwóch miejskich domków, to już przekraczało moje pojęcie o tej kobiecie. Czy teraz należało oczekiwać domowej biblioteczki kociej a może kolekcji jej ulubionej muzyki? Aby nie wzniecać za wiele emocji w domu oraz nie szokować taką ilością kocich rzeczy, Pavol inteligentnie dozował uczucia zaskoczenia jakie malowały się na mej twarzy za każdym razem, gdy przynosił kolejny karton do domu. Ja zaś ćwiczyłam panowanie nad sobą, co zazwyczaj przychodzi mi dość łatwo. W głowie jednak kołatały mi dwie myśli: 1.My kobiety niezależnie od reprezentowanego gatunku otaczamy się wieloma zbędnymi rzeczami (czas na zmiany). 2. No, właśnie – dwie kobiety bliskie sercu Pavla pod jednym dachem – to się będzie działo! Zazdrość murowana.

Ja sama uznałam, że na początku przeprowadzki, dobrze by było nie zmieniać energii dla kotki i jeśli będzie się ona otaczała rzeczami znanymi, z którymi była oswojona, to poczuje się komfortowo.

Gdy nastała późna noc, a my słuchaliśmy spokojnych, jazzowych rytmów na winylach, Pavol wymknął się po cichu do samochodu komunikując mi, że przyniesie już ostatnią rzecz, na której Misty śpi.

Ależ, oczywiście – pomyślałam. To ważne aby spała pośród swoich dotychczasowych zapachów. Zapomniałam jednak, że Misty w Bratysławie zamieszkiwała drzewo. Mówi się, że do lasu drwa się nie przynosi. Ale cóż. Kotka przez pięć lat zamieszkiwała dwumetrowe miejskie drzewo. Ten „strom” (slow.) choć Pavol mówił na niego jedynie „stromcek” ma ponad 2 metry wysokości a co 30 cm zamontowane są na nim różnego rodzaju półki, koszyk (jej ulubiony, na szczycie tego Everestu) i kolejny domek. To wszystko estetycznie wykonane i z pewnością pasujące do niejednego mieszkania w mieście. Jednak na wsi pierwsze co mi przyszło do głowy, do znalezienie przewróconego drzewa, okorowanie go, osuszenie i zrobienie z niego pięknego domu dla niej. Przełknęłam ślinę i stwierdziłam: - dobra. Niech i to miejskie drzewo z nami zamieszka na czas adaptacji. Potem zmiana.


Wkrótce minie pół roku od przeprowadzki Misty, a drzewo nadal stoi tam gdzie stało. Misty co prawda nie korzysta z większości przywiezionych ze sobą gadżetów, bo choćby zamiast klasycznej drapaczki do pazurków, woli oparcie sofy, które jest już pięknie rozdrapane tworząc nowy design w pokoju. Wywalczyłam jedną kuwetę a letni domek ma zastąpić czerpanie przyjemności z prawdziwej wolności na trawie.

Emocje opadły a zdumienie, ile rzeczy potrafi mieć kobieta, pozostało. W przypływie refleksji, pobiegłam robić porządki w swojej garderobie.

Jestem szczęściarą. Kobiety zawsze dogadają się lepiej, niż mężczyźni. Dzisiaj zatem mam z Misty wspaniały kontakt. Nauczyłyśmy się od siebie wielu rzeczy. Ja sama odruchowo, niemal bezwiednie (przyzwyczajona do psów), nauczyłam ją, że jeśli chce abym ją głaskała, ma delikatnie poprosić mnie o to swą łapką ze schowanymi pazurkami a gdy chce większych kocich pieszczot, to wzmacnia swoją prośbę ruchem swej uroczej główki. Gdy nauczyłam jej tego, sama postukałam się po głowie, że traktuję ją jak psa. Z drugiej strony ta lekcja uświadomiła mi, że i koty możemy wiele nauczyć. I nie chodzi tu o żadne niepotrzebne sztuczki, ale naukę tego, co nam ułatwia wzajemną komunikację. Gdy na tydzień zostałam ze swoją nową przyjaciółką sama, rozpoczęła się długa konwersacja i poznawanie wzajemnych oczekiwań. Najpiękniejsza chwila? Było ich wiele, ale wymienię choćby tą, gdy ta nieufna, płochliwa na początku indywidualistka, przyszła do mnie, do łóżka, podeszła bardzo blisko mojej twarzy, poprosiła mnie o głaskanie i wtuliła się mocno we mnie. Choć wielbiciele kotów wiedzą, że to nic nadzwyczajnego, bo przecież to takie kocie - łaszenie się do ludzi, to przypomnę, że tutaj ja i ona nie znałyśmy się przez pięć lat a w tym czasie mieszkała ona w innym domu, z innymi ludźmi. Dodatkowo zawsze była niezależna i płocha.


Dzisiaj Misty jest już pełnoprawną mieszkanką Dolistowia. Czuje się coraz lepiej. Wychodzi na zewnątrz. Na szczęście dla niej samej nie planuje dalekich wycieczek na Otryt. Podejmuje próby podporządkowania sobie psów. Jak jej idzie? Berdo, który został zdominowany przez dwuletnią Darę, gdy ta miała zaledwie cztery miesiące, łatwo oddaje jej pole działania. Dara zaś podejmuje wyzwania i obie walczą. Na dwa sposoby. Pierwszy to gonitwa po domu – zazwyczaj Dara goni kota, ale bywa i odwrotnie. Staramy się te zapędy ograniczać do minimum nie mając do końca zaufania do Dary co do jej czystych wobec kotki intencji. Drugi sposób zaczerpnięty jest z filozofii wschodu. To styl Gandhiego, ale nie zawsze jest on podszyty dobrymi intencjami. W praktyce wygląda to tak, że Misty zajmuje swoje bezpieczne stanowisko na schodach. Dara zaś (której na górę nie wolno wchodzić) zasiada pod schodami. Obie wpatrują się w siebie milcząco prowadząc energetyczną walkę na spojrzenia. Która pierwsza odpuści, jest pokonana. Nie ma jury, ani sędziego. One same wiedzą, która jest pokonana. Niekiedy trwa to kilka minut, niekiedy kilkanaście. Bywa, że któraś z nich zasypia na polu bitwy, ale po wybudzeniu udaje, że nic takiego nie miało miejsca. Sztuczki aktorskie stosuje również Dara wobec mnie. Gdy widzę jak wpatruje się w kotkę, jaki pomarszczony ma pyszczek i w jaki sposób macha ogonem, wyraźnie odczytuję jej znaki mówiące „a teraz na Ciebie zapoluję”. Jak tylko przechodzę obok i mówię Darze „widzę Cię” (co oznacza dla niej, że za chwilę będzie kolejny komunikat przywołujący ją do porządku lub odwołujący), to ta rozluźnia pysk, puszczają napięte jak struna mięśnie, zaczyna żwawo i radośnie machać ogonem cały czas nie spuszczając kotki z oczu. Jakby chciała mi powiedzieć na odczepne : „ no co Ty, ja? Ja nic nie robię, zobacz, ja tylko chce się z nią bawić...”


I póki co ta zabawa trwa.

Kilka tygodni temu jeszcze pośród śniegu, Misty wyszła z domu (co było jeszcze rzadkim zachowaniem) a Pavol spanikował szukając jej. Miał powody, bo oba psy były na zewnątrz a my nie byliśmy pewni zachowań całej trójki. Aha. Nie dodałam, że oczywiście zaraz po przeprowadzce kotka została przedstawiona psom i wzajemnie. Także cały zwierzęcy savoir vivre został zachowany.

Określiliśmy też bardzo wyraźnie, czego oczekujemy od każdego z nich. Od Dary i Berda akceptacji kota i żadnych polowań, od Misty – delikatnego poszanowania praw obecnych mieszkańców. Decyzję o przewodnictwie w stadzie „sierściuchów”, pozostawiliśmy samym zwierzakom przy nieznacznej naszej kontroli z zewnątrz.

 

Wracając do pamiętnego dnia, dzieci bawiące się wówczas w zagajniku obserwowały ze zdumieniem tę oto scenę.

Otóż z domu w kierunku rzeki wybiegły Dara i Berdo. Chwilę później za nimi biegła jak szalona kotka Misti. Być może uznała, że skoro psy uciekają, mają ku temu ważny powód i czym prędzej należy się udać w tym samym, nieznanym jej dotychczas kierunku. Zatem stado psio – kocie biegło jak oszalałe. Byle przed siebie.

Gdzieś w okolicach pierwszej skarpy, nieopodal kompostu, Berdo zorientował się, że jest ścigany. Odwrócił się i oniemiały ujrzał polującego na nich kota. A że jego przeszłość i naganna miłość do kotów obudziła w nim natychmiastowy instynkt łowcy, najpierw zdziwił się marszcząc się na całym pysku i przekrzywiając go na boki. Zdziwienie potęgował fakt, że kot zamarł w bezruchu a jak wiemy dla wielu polujących istot na naszej planecie gdy przedmiot polowań zamiera, przestaje być atrakcyjny (na pewno tak się dzieje w świecie, gdy zwierzę nie musi, ale może zdobywać pokarm, patrz: Berdo).

Z relacji dzieci nie wiemy, kto poruszył się pierwszy, ale nastąpiła zamiana ról na taką dla nas ludzi bardziej naturalną czyli kot zaczął uciekać przed psami. Co ważne Berdo nawet jeśli po latach stracił zainteresowanie niektórymi przejawami życia, to bardzo solidaryzuje się z Darą. Jeśli sunia alfa powie lub pokaże mu „rób to ze mną”, to ten czterdziesto - kilogramowy kolos staje się natychmiast posłuszny i podąża ślepo za nią.

Scena końcowa przedstawia kota uciekającego przed dwoma zaskoczonymi psami. Ku naszej uciesze Misty schowała się w składzie drewna, aby wkrótce powoli, bez zbędnego rozgłosu wejść do domu i zająć swe komfortowe i strategiczne miejsce na swym „stromie”. W tym samym czasie spanikowani szukaliśmy biednej, potencjalnej ofiary psów.

Na dzień dzisiejszy sytuacja w Dolistowiu wygląda tak, że regularnie Misty prowadzi energetyczne walki z Darą na spojrzenia. Berdo w większości wypadków jest obojętny na dziwaczne zachowania tych pierwszych bo jak wiemy dla niego nic, co nie ucieka nie jest atrakcyjne. Niekiedy tylko skrzykną się z Darą w ramach jakiegoś sojuszu przeciw kotce.

Niestety nasze trzy zwierzaki nie miały możliwości poznać się od małego, co ułatwiłoby wiele, więc nie jedzą dzisiaj z jednej miski ani nie śpią razem na posłaniu. Choć istnieje długoterminowe, jednostronne zainteresowanie miską kocią okazywane głównie przez Berda. Ten rudy jegomość wykorzystuje chwile nieuwagi domowników, łamiąc przy tym ustalone co najmniej dwie zasady i zakrada się bezszelestnie (o ile 40 kg na 4 łapach idące po drewnianych schodach może być ciche) na poddasze i wylizuje kocią karmę (zwłaszcza gdy nie jest to sucha karma). Jak wiemy wszyscy cudze smakuje lepiej.

Ze względu na stonowany charakter naszej kotki, proszę nie oczekiwać żadnych szalonych historii z jej udziałem. My sami ich również się nie spodziewamy. Choć życie jest zaskakujące. Zaś ja nazywam niekiedy Misty Markizą, bo jej błękitna krew, domki letni, zimowy i inne utensylia oraz sposób noszenia się na zewnątrz o pochodzeniu szlachetnym nie wspominając, w pełni to uzasadniają. A póki co ona sama nie składa do mnie zastrzeżeń w tym względzie.


I tak tu sobie wesoło żyjemy dwanaście łap i cztery nogi plus dziesiątki, a raczej setki kopyt, racic, opuszków i pałąków wokół, których sposób nie zliczyć.

 

Bosonoga z Doliny Sanu czyli Edzia

w kwietniowy, cudowny poranek 2016r.