KARPACKIE MISIE.

 

 

Nie dalej, jak wczoraj jeden z gości zapytał mnie;

- Edzia, jak należy się zachować gdy spotkamy niedźwiedzia?

Pytanie podsunęły mu do głowy znaki ostrzegawcze na bieszczadzkich drogach o treści: „uwaga rysie”, „uwaga niedźwiedzie” działające na wyobraźnię każdego.

I gdy dzisiaj zastanawiam się nad mądrą odpowiedzią na to pytanie, przychodzą mi do głowy rzeczy, których nie należy z pewnością robić, gdy spotykamy się oko w oko z niedźwiedziem.

Gdy pierwszy raz przyjechałam w Bieszczady i z moich ust padło podobne pytanie, pewien „stary”, wytrawny Bieszczadnik i znawca tutejszej historii, zadumał się i powiedział:

- Wiesz, gdy spotkasz misia, proponuję wspiąć się na pierwsze napotkane drzewo.

Na co inni siedzący z nami w schronisku wybuchnęli śmiechem a jeden z nich sarkastycznie powiedział:

- Tak, a misio za nią...

- Albo tak wytrzęsie to drzewo, że oboje ona i drzewo będą drżały jak osiki – świetny pomysł odpowiedział drugi..

- Gdy spotkasz bieszczadzkiego grizli, należy bez wątpienia zatrzymać się, zamarznąć w tym bezruchu....i pod żadnym pozorem nie patrzeć mu w oczy. Przenigdy – rzucił mędrzec popijający herbatę przy kominku

 

I tak rozgorzała wielogodzinna dyskusja co można a czego nie należy robić podczas naszych spotkań z karpackim olbrzymem.

 

Gdy wówczas analizowałam wszystkie za i przeciw, uznałam wtedy, że przy realnym spotkaniu z misiem, prawdopodobnie racjonalna ocena sytuacji i tak nie będzie miała miejsca a zastąpi ją paraliżujący strach, który nie pozwoli na wdrapywanie się na drzewo, rzucanie plecaka jako łup dla misia czy wcielanie w życie pozostałych porad. Być może odruchowo zastosuję się do rady - „zamarznij w bezruchu”. Bowiem lęk przed większym i silniejszym nie pozwoli mi na nic innego. Takie były moje minione przemyślenia.

 

Dzisiejsze moje doświadczenia spotkań z niedźwiedziami są na tyle znikome, że nie jestem z pewnością dobrym autorytetem aby komukolwiek doradzać. Zainteresowanych odsyłam do leśników, pracowników Parku Narodowego a najlepiej do smolarzy i drwali tzn. pilarzy. Dokładnie tak. Dzisiaj drwali już nie ma jak i piły „moja - twoja”. Dla niewtajemniczonego pokolenia młodych gniewnych powiem tylko, że to taka ręczna piła z wymiennym brzeszczotem (co to brzeszczot, patrz słownik jęz, pols. - ….tak wiem, dzisiaj nikt z niego nie korzysta tylko z wyszukiwarki G lub W lub innych).

Piła taka w obsłudze wymagała zawsze dwojga rąk rozstawionych po jej przeciwległych stronach. Zatem najczęściej konieczne są 4 ręce a zatem dwoje ludzi.

Dzisiaj są pilarze używający głośnych pił motorowych. Ale oni i tak najwięcej wiedzą o dzikich, bieszczadzkich zwierzętach. Od nich dowiecie się więcej, niż przeczytacie w folderach przyrodniczych.

To samo smolarze – pracownicy wypałów. Oni mają w jednym osmolonym paluszku wiedzę i drapieżnikach i roślinożernych mieszkańcach puszczy karpackiej. Pracując za dnia w środku lasu i śpiąc pod osłoną nocy w baraku.

Jak choćby Mirek, który razu pewnego wracając do swojej chatki w lesie, jak zwykle popijał mocne piwo. Od asfaltu do baraku droga daleka, jakieś 3 km szutrową drogą nieco pod górę. Idąc tak nieśpiesznie i podziwiając znany mu od lat krajobraz, co rusz przeklinał pod nosem. A przeklinać to on naprawdę umiał. Jako jedyny klient miał przez lata embargo na przeklinanie, gdy przebywał w lokalnym sklepiku. Niekiedy ciężko byłoby wyłowić z całości znaczeniową treść, ale miał tyle w sobie uroku osobistego i autentyczności, że wszyscy wokół mu wybaczali ten brak ogłady towarzyskiej. Z reszta przez większą część dnia jego kamratami były żmije, eskulapy, łanie i ich partnerzy, czasem jastrząb, orzeł czy myszołów pikował nad jego głową. Im było naprawę obojętne jakiej polszczyzny i w ogóle jakiego języka używał na co dzień.

Wracając do pamiętnego dnia.

 

Mirek szedł powoli i ospale w kierunku baraku. Kamyki, żwir i piasek rzęziły pod starymi podeszwami. Co rusz natrafiały na uciążliwą glinę gromadzącą się od kilku dni w kałużach. Powietrze było rześkie i nieco wilgotne. Słońce chowało się już za świerkami ale jego ostatnie promyki jeszcze ogrzewały drogę. Ile to razy przechodził koło tego jałowca, już sam nie zliczy.

Gdzieś w połowie trasy, jego rozmyślania przerwała scena rodzajowa niczym z Arki Noego. Najpierw drogę przebiegło stado łań – w zasadzie to nic szczególnego, potem lis a na koniec dwa urocze, małe misie. Z tą różnicą, że parzystokopytne i ...cztery łapki uciekły szybko a małe niedźwiadki zauważyły Mirka i wykazały żywe nim zainteresowanie. Spojrzały najpierw na niego, potem na siebie stając na tylnych łapach i tak jakby konwersowały:

- Ty, patrz! Jaki fajny! Co to jest?! - (wydawało się, że pierwszy raz widzą człowieka).

- Co za czort, do diaska! - pomyślał Mirek.

- Idźcie stąd, nie patrzcie na mnie – pokrzykiwał w kierunku niedźwiadków.

Robił tak, bo wiedział, że gdzieś bardzo blisko jest niedźwiedzica, z pewnością nadopiekuńcza, troskliwa i przepełniona miłością matka tych dwojga. Obawiał się jednak, że tych uczuć nie będzie podzielała w stosunku do niego. A tego dnia naprawdę nie chciał się skonfrontować ani z własną matką ani tym bardziej z matką żadnego dzikiego zwierzęcia.

Schował się w brzozowym zagajniku. Ale kiepska była to kryjówka. Podmokło, wysokie trawy a do tego brzozy chudsze od niego, co wydawać by się mogło jest niemal niemożliwe biorąc pod uwagę kościstą postać Mirka. A jednak. Powoli, bezszelestnie przesunął się za pobliskiego buka. Przykucnął, oparł się o niego i postanowił przeczekać aż matka niesfornych dziatek przejdzie na drugą stronę drogi. Mijały minuty, kilkanaście, pół godziny i więcej a małe niedźwiadki bawiły się w najlepsze przy drodze. Choć straciły zainteresowanie Mirkiem, nie zamierzały stąd odchodzić. Mirek zaczął kombinować. Jeśli matka jest po zachodniej strony drogi, to w sumie mógłby lasem pójść w górę. Zrobić duży łuk i wyminąć rodzinne stadko. Ale pewności nie ma czy ona jest tam, czy raczej po tej stronie drogi, gdzie jest on ukryty a młode się gdzieś zgubiły. No cóż Uznał, że ma dużo czasu, zapas piwa w reklamówce spory, najwyżej nie starczy na rano. A patrząc na zawartość torby leżącej obok na trawie oraz obecne samopoczucie, kac będzie wielki. Więc rozbił się z nieplanowanym piknikiem zaledwie jeden kilometr od domu.....

Siedział pod bukowym rozłożystym drzewem, popijał piwo i szeptał do siebie. Nie odważył się na głośniejsze monologi ani nawet pomrukiwanie nie chcąc ściągnąć na siebie uwagi uroczych niedźwiadków.

Co jakiś czas przeklinał w duchu na czym świat stoi. Generalnie jednak nie mógł narzekać. Wokół ptaki śpiewały...pszczoły miło brzęczały gdzieś w oddali, pod lipą a poza tym było cicho, sucho i bezwietrznie. Żyć, nie umierać... No to żył tak pod bukowym drzewem i ani się obejrzał jak nastała noc. Obudził się mocno połamany, z bólem głowy jakby go ktoś obuchem zdzielił....Rozejrzał się po otaczającej go zewsząd ciemności, która mieniła się kolorami czystej czerni, czerni spłowiałej, wypranej i czarnej szarości. W jakiś inteligentny sposób udało mu się te delikatne odcienie rozróżnić, oddzielić od siebie i podążył za czarną szarością, która jawiła się słusznie jako droga.

Ruszył przed siebie i zaczął uprawiać trudną dyscyplinę intelektualną zwaną retrospekcją. Po dłuższym czasie przypomniał sobie „po jaką cholerę siedział pośrodku lasu upijając się w samotności”. No tak – niedźwiedzia rodzina. Nie mógł sobie jednak przypomnieć, czy ujrzał matkę uroczej brunatnej dwójki czy też nie. Tak, czy inaczej to ona będzie odpowiedzialna za jego jutrzejszy kac a będzie na pewno. Oj będzie.

 

TARZAŃSKI ROZBÓJNIK

 

Tymczasem po stronie słowackiej, w pewnej trrzanskiej dolinie do lokalnego TANAP-u przyszło typowe już zgłoszenie. Gdyby to była era telegramów brzmiało by ono tak „ratunku. STOP. Miś znów buszuje po naszej lodówce. STOP. Wyślijcie majstra. STOP”.

Choć tamta era minęła a zgłoszenie zostało przyjęte telefonicznie i przekazane już nawet nie przez krótkofalówkę ale przez telefon komórkowy do pracowników TANAP-u – reakcja musiała być natychmiastowa.

Majster, o którym mowa to wieloletni i zasłużony „Szerp” tatrzański i „Chatar” z najdłuższym stażem najwyżej położonego schroniska w Tatrach. Branco jak zwykle niczym kozica przemierzał wysokogórskie szlaki. Gdy odebrał wiadomość, wyznaczał właśnie nową trasę dla turystów. Odczytawszy ją, wzburzył się dość poważnie, bo nie dość, że była adresowana do niego, to misio włamywał się właśnie do jego własnych zapasów żywności, w jego schronisku. W wykonaniu Belzebuba (bo tak miał na imię winowajca włamania) to nie było już wykroczenie, ale recydywa. Trzykrotnie uszło mu na sucho wykradanie mrożonek mięsnych z zamrażarki. Kolejne dwa razy wytrzymał Branco cierpliwie, gdy zastał Belzebuba rozłożonego na skrzynkach jabłek w spiżarce i obżerającego się na miejscu zbrodni. Gdy za dziesiątym razem wyłamał metalowe drzwi prowadzące na zaplecze, chatar zamontował lekkie, drewniane, niemal przewiewne, bo wszelkie zasieki nie miały szans przetrwania dłużej, niż kilka dni. Od tamtej pory misio regularnie odwiedza spiżarkę, delikatnie otwierając skrzypiące nieco wrota prowadzące do krainy obżarstwa. Gdy byłam tam ostatnim razem, na drzwiach wisiał napis : „wejście tylko dla misia”. Niestety nauczył się otwierać wieko zamrażarki i wykradać stamtąd zapasy jedzenia. Od dawna nie przeszkadza mu ich zamrożony stan. Po kilku godzinach miętoszenia w ciepłych łapskach zgodnie z prawami fizyki ciało stałe zamienia się na płynne i sympatyczniejsze w obróbce. A zanim ludzka interwencja nadejdzie, on już będzie najedzony do syta.

Belzebub stał się słynny na całe Tatry. Strażnicy TANAP-u jaki i inni pracownicy parku zwoływali spotkania na szczycie aby rozwiązać problem recydywisty, który tak się rozleniwił życiem opryszka i złodzieja, że nie chciał już zbierać jedzenia w lesie. Obawiano się, że jak tak dalej pójdzie jego socjalizacja, ten niedźwiedź nie poradzi sobie sam w górach.

Pewnego dnia Branco wszedł do spiżarki aby posprzątać tamtejszy bałagan pozostawiony po sześciolatku. W sieni podłączył odkurzacz i zaczął wymiatać nim resztki po opakowaniach jedzenia. Przesuwał się z tym startym enerdowskim odkurzaczem w kierunku spiżarki, uchylił drzwi i oniemiał, bo na zamrażarce pół zadkiem siedział Belzebub. Nie wiadomo, kto był bardziej zaskoczony – człowiek, czy zwierzę. Belzebub nagle spanikował, upuścił z łap jedzenie i zaczął się przesuwać delikatnie do tyłu. Cofał się tak długo aż natrafił na ścianę z konfiturami..Kilka z nich spadło dźwięcznie na posadzkę rozbijając się na tysiące kawałków. Branco był bardziej przygotowany na rozwścieczony atak a nie lęk niedźwiedzia.

- Co go tak przestraszyło? Na pewno nie taki mały człowiek jak ja?

I nagle zorientował się co się dzieje. Gdy wszedł do środka, cały czas w ręku trzymał odkurzacz ale w panice, odruchowo skierował jego wydech w kierunku niedźwiedzia. Trudno powiedzieć czy podmuch gorącego powietrza z niego płynący, czy też głośny dźwięk silnika urządzenia tak zaniepokoił Belzebuba.

Nagle zupełnie już świadomie uniósł ciężki odkurzacz niczym rewolwer do góry i krzyknął:

- Stój, bo będę strzelał!

Zanim zastanowił się nad komicznością graniczącą z głupotą tej sytuacji, czasu trochę minęło.

A dzisiaj Belzebub nie jest już zwyczajnym recydywistą i tatrzańskim zbójnikiem. Jest żywą legendą. Niemal każdy w Dolinie wie, że Belzebub to jest Ten, Który Boi się Odkurzacza. A na interwencje do niego Majster jeździ już tylko z enerdowską bronią wysokiego rażenia.

 

 

 

Imiona bohaterów i zwierząt zostały zmienione, ale kanwą opowieści są bez wątpienia prawdziwe historie. Zapewniam.

 

Bosonoga z Doliny Sanu
Edyta Marja Wyban, napisane chyba zimą tego czyli 2016 r,